Wiejska uliczka z domami w Szwecji gdzie mieszkały dzieci z Bullerbyn
... dzieciom,  Mama czyta

Dzieciństwo o którym wciąż marzę…

Nazywam się Lisa. Jestem dziewczynką, to chyba od razu widać z imienia. Mam siedem lat i wkrótce skończę osiem.

Astrid Lindgren

Zbudzić się i mieć znowu siedem lat. Wrócić do tych beztroskich lat, kiedy jedynym obowiązkiem było ułożenie kilku zdań na lekcje z polskiego i wykonanie paru działań na matematykę. Posiłki przyrządzone przez mamę, wieczorynka a potem spać. Rutyna dawała bezpieczeństwo, dreszczykiem emocji zabarwione były wizyty po drugiej stronie bloku, największą tragedią – kłótnia z koleżanką z klatki obok.

Jako mała dziewczynka uwielbiałam czytać książki. „Dzieci z Bullerbyn” zawładnęły moją wyobraźnią na długi czas.

W świat szwedzkich dzieci wprowadziła mnie mama, która zawsze przed snem raczyła brata i mnie ciekawą lekturą. Już samodzielnie wróciłam do niej w podstawówce. Dosłownie pochłaniałam tę książkę. Marzyłam o tym, że jestem koleżanką Lisy, Anny i Britty. Wymyśliłam nawet z moim bratem różne kody – na wzór bohaterów książki. Zazdrościłam im okoliczności przyrody i tego, że jest ich tam tak dużo. Wyobrażałam sobie jak to jest mieć obok nie tylko brata, ale również inne dzieci, które do zabawy były dostępne non stop. Koleżanki z bloku czy klasy to jednak nie było to samo. Z nimi zabawa była na ograniczonym terenie i w limitowanym czasie. Nie było szans na nocne wyjścia i przygody w lesie. Szukanie wodnika przy rzece po północy, czy wspinaczkę po okolicznych skałkach (pomijam tutaj zupełnie fakt, że w mojej okolicy ani rzeki, ani skałek nie było 😅) pozostawały w sferze marzeń.

W miarę jak stawałam się starsza, zapomniałam o tym, jak bardzo pragnęłam takich niewinnych, pełnych dziecięcego entuzjazmu przygód. Do momentu, aż nie sięgnęłam po tę książkę jako mama z własnymi dziećmi.

Moje maluszki (lat 3 i 4) pokochały „Dzieci z Bullerbyn” miłością chyba jeszcze większą, niż ja.

Dlaczego? Mój syn (lat 4) odpowiada niezmiennie, że dlatego, bo fajnie się bawią. Córeczka (lat 3) – bo oni są po prostu spoko.

Nowe książki pachną tak ładnie, że po prostu czuje się po zapachu, jak przyjemnie będzie je czytać.

Astrid Lindgren

Co mnie urzeka, a jednocześnie jako mamę (jako dziecko właśnie to uwielbiałam najbardziej 😉) przeraża? Wolność dana tym dzieciom. Niesamowite jest, jak wspaniale odnajdują się w różnych sytuacjach społecznych. Zachwyca mnie ich życie zgodne z rytmem przyrody, ich znajomość natury. Imponują mi też rodzice, którzy potrafią usunąć się na drugi plan. Nie krzyczą za dzieckiem „Nie rób! To niebezpieczne! Uważaj na siebie!” Dają każdemu swobodę działania i możliwość nauki na własnych błędach. Nie oni są tutaj reżyserem działań. Dzieci same wybierają co i kiedy chcą robić, z kim bawić. Nie starają się zadowolić wszystkich dookoła. Nie boją się kłótni bo wiedzą, że mają bezpieczną przystań. Rodzice zawsze służą im radą i pomocą, jednak nie narzucają swojej obecności i swojego zdania.

Astrid Lindgren w czasach, kiedy było tu zupełnie niemodne, pokazała, że dzieci mają głos. Nieznane wtedy były teorie rodzicielstwa bliskości, czy komunikacji bez przemocy (NVC). Dorośli i dzieci z Bullerbyn intuicyjnie jednak postępowali zgodnie z ich założeniami.

Często zastanawiam się, dla kogo bardziej przeznaczone są książki klasyfikowane w kategorii „dla dzieci”. Dla maluchów właśnie, a może jednak dla dorosłych?

„Dzieci z Bullerbyn” to wspaniała, pełna uroku opowieść o dziecięcych przygodach szóstki (a potem siódemki) kilkulatków. Samodzielnie odkrywają otaczający je świat. Ich wyobraźnia – jak każda dziecięca fantazja – nie zna granic. Pomagają rodzicom, odnajdują się świetnie w szkole – jednocześnie nie tracąc dziecięcego entuzjazmu. Każdą czynność potrafią przeobrazić w ekscytujące wydarzenie. Dodatkowo w naturalny sposób uczą się od siebie samodzielności i odpowiedzialności.

Chociaż to niemożliwe (chociażby ze względu na to, że mieszkamy w mieście) chciałabym takich młodych lat dla moich dzieci. Chciałabym umieć nie narzucać im swojego zdania. Dawać swobodę bez przerzucania na nich moich dorosłych lęków. Chciałabym pozwalać im na popełnianie błędów i naturalne uczenie się, że każda akcja powoduje reakcję, że nie ma działań, które nie niosą za sobą konsekwencji. Dla mnie to zdecydowanie pola wymagające pracy nad sobą. Chociaż widzę duże postępy w tych dziedzinach – książki takie, jak „Dzieci z Bullerbyn” pokazują mi, jak wiele jest jeszcze do zrobienia.

Dodatkowo, już bardzo przyziemnie, bardzo podoba mi się, że dzieciaki mają tutaj taki kontakt z naturą. Codziennie długie spacery, całe dnie spędzane na świeżym (a nie śląskim) powietrzu. Latem jest ciepło, zimą są zaspy śniegu i mróz.

W czasach, gdy rodzice koniecznie chcą mieszkać w mieście, by pokazywać dzieciom wysoką kulturę od najmłodszych lat i twierdzą, że tylko w wielkiej aglomeracji dzieci mają co robić – książka pokazuje, jak wiele wartości niesie za sobą życie na wsi.

Oczywiście, jeżeli jakimś cudem ktoś jeszcze nie poznał tej historii – polecam całym sercem. Do czytania dla dzieci i dorosłych. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie ❤️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *