Drewniana dróżka w dół lasu
Mama w świecie,  O życiu wszystko i nic

Jak odpuścić sobie (i innym)?

Zauważyłam, że modne staje się ostatnie odpuszczanie. Zwłaszcza na mamowych stronach (w sumie – głównie takie śledzę) trend nabiera na sile. Masz syf w domu? Odpuść sprzątanie, wszak szczęśliwe dzieci są najważniejsze. Nie masz czasu dla siebie? Odpuść gotowanie – kup gotowe, odgrzej. Na to machnij ręką, z tym daj sobie spokój… Czy odpuszczanie to naprawdę lek na całe zło?

Perfekcjonizm przestał być w cenie. Zwłaszcza w życiu domowym. To – z zasady – może być bardziej niepoukładane i spontaniczne niż życie zawodowe, w którym dokładność to wciąż pożądana cecha.

Przyznam się do czegoś – nie lubię odpuszczać. Do niedawna zupełnie nie potrafiłam tego robić. Nie tylko w stosunku do siebie, ale też i męża a nawet dzieci. Przykłady? Proszę bardzo 🙂

Wszystko zawsze musiało być posprzątane i gotowe na test białej rękawiczki. Dawałam sobie i innym przyzwolenie na lekki chaos twórczy, który jednak wieczorami musiał być ogarnięty. Teraz mam wrażenie, że zachowywałam się jak generał odbierający raport z misji. Klocki posprzątane? Autka poukładane? Lalki w wózku? Chociaż dzieci są jeszcze małe to traktowałam ich jak moich podwładnych, którzy powinni wykonać swoje zadania i zameldować wykonanie polecenia.

Kolejnym punktem, w którym darowanie sobie nie wchodziło w grę było gotowanie. Wszak jestem mamą niepracującą – czyli wszystkie posiłki powinny być idealnie zbilansowane i domowe. Kluczem do trumny okazał się wypiek swojego chleba. Od tej chwili wszystko, co miało pojawiać się na talerzach domowników, musiało być oznaczane naklejką „home made”. Za największą porażkę zaczęłam uważać kupno chleba w piekarni. No bo jak to tak – potrafię zrobić, jest zdrowsze, siedzę w domu a mam kupować?!

Dzień po dniu zaczęłam się zatracać w nadmiernych wymaganiach w stosunku do innych. Najbardziej jednak – w stosunku do siebie. Każdą porażkę, każde odstępstwo od planu zaczynałam traktować jak wielką tragedię.

Aż nagle powiedziałam STOP! Coś z tym trzeba zrobić. Tak się dłużej nie da żyć.

Czy od razu zakochałam się w odpuszczaniu? Absolutnie nie. Napiszę więcej – nadal tego nie lubię. Zrozumiałam jednak jedno – odpuszczanie, to nie rezygnacja. Ja traktuję je bardziej jako synonim słowa odkładanie, przekładanie na bardziej sprzyjający czas.

Co zrobiłam? Nie, nie zaakceptowałam chaosu w domu, ale na przykład odpuściłam (czyt.: „przełożyłam”) odkurzanie. Codzienny nerwowy rytuał pozbywania się kruszyn chleba spod stołu i kurzu (bo kurzy się u nas wszędzie a na ciemnych kaflach widać WSZYSTKO) zamieniłam na uśmiechnięte odkurzanie co dwa dni. Z wyjątkiem tych chwil, gdy po kolejnej zabawie kuskusem i fasolą pod stopami czuję resztki. Wtedy jednak moje szkraby wkraczają do akcji – wszak to wyborna zabawa wsysać coś, co chwilę temu było świetną aktywnością 😉

Odpuściłam też „raportowanie” mi przez dzieci. Wprowadziło to do domu atmosferę dużo większego spokoju. Teraz ja zaczynam sprzątać i o dziwo! W większości przypadków dzieciaki do mnie dołączają. Magiczne zdanie „pomóż mi posprzątać autka” zamiast „posprzątaj autka” czyni cuda. Ja biorę jedno, synek zbiera 3 i powoli, wspólnymi siłami przestrzeń zostaje ogarnięta. Więcej! Często dzieci same zabierają wszystko zostawiając uśmiechniętą mamę bez resoraków na kanapie w dużym pokoju 🙂

A kupiony chleb? Raz nie zawsze – dwa nie wciąż 😅

W byciu mamą wielu rzeczy trzeba się nauczyć. Wiele sytuacji trzeba zaakceptować takimi, jakimi są. NIEidealnymi.

Jaka jest więc odpowiedź na pytanie zawarte w tytule? Jak nauczyć się odpuszczać? Znaleźć swój plan minimum. Wytyczyć standardy, poniżej których nie chcemy zejść. I cieszyć się tymi chwilami, gdy uda się wykonać coś więcej.

Perfekcjonizm narzucasz sobie sama. Nikt go od ciebie nie wymaga.

Dorota Schrammek

Nikt nie zauważy, jeżeli podłoga będzie niedokładnie zamieciona. Tak naprawdę nie najważniejszy jest zapach chleba w domu (chociaż bardzo go lubię). To, co przyciąga ludzi jest we mnie. Uśmiech, pogoda ducha – to na te cechy zwracają uwagę bliscy i dalecy. Cała reszta to tylko dodatek.

Macierzyństwu zawdzięczam wiele, ale to chyba jeden z aspektów, nad którym musiałam (i wciąż muszę) najbardziej pracować. Nie chodzi tu o stawianie na bylejakość, o poddawanie się i płynięcie z prądem, ale świadome i mądre odpuszczanie. Akceptację życia takim, jakie jest. I cieszenie się nim ❤️ Z niekoniecznie błyszczącymi podłogami w tle 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *