Stare drewniane drzwi zamknięte łańcuchem na kłódkę
Mama w świecie,  O życiu wszystko i nic

Miłość w czasach koronawirusa

Czytając wpisy w mediach społecznościowych, śledząc relacje w telewizji okazuje się, że coraz więcej osób traktuje siedzenie w domu jako zło konieczne. To czas, który trzeba przeżyć. Przetrwać z dziećmi, z mężem, czy rodzicami. Chociaż wielu z nas deklaruje, że cieszy się, że te chwile zostały dane nam przez los, to jednak słowo „przetrzymać” jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Prawie tak często, jak sprawca całego zamieszania – koronawirus.

Dom to miejsce, do którego warto wracać. Czy na pewno? A może to po prostu miejsce, gdzie mieszkają ze sobą osoby powiązane papierkiem, aktem stanu cywilnego, może krwią – jednak pozostające dla siebie obcymi jednostkami? Kwarantanna, praca z domu, przymusowy urlop na dzieci. Może być źródłem frustracji lub odnowienia. Można ten czas albo znosić, albo się nim cieszyć. Ulubiona wymówka „nie mam na … czasu”, jest odstawiona na dalszy plan. Czy wykorzystamy ten okres na pogłębianie relacji naszego życia?

Relacja z Bogiem

Nie chodzi tutaj o proste „jak trwoga to do Boga”. Wiara podyktowana strachem może wyparować wraz z powrotem poczucia bezpieczeństwa. Mam tutaj na myśli stworzenie żywej więzi z Kimś, kto powinien być najważniejszy. Teraz i zawsze.

Kościoły zamknęły się na wiernych – to sytuacja bez precedensu. Jednocześnie, jak grzyby po deszczu, rozlały się internetowe transmisje nabożeństw wszelkiego rodzaju. Msze św. o każdej porze dnia i nocy, wspólne Koronki do Miłosierdzia Bożego, różańce, nabożeństwa pokutne. Mnóstwo ludzi uczestniczących w wirtualnych Drogach Krzyżowych i Gorzkich Żalach. Te modlitwy, dotąd często odprawiane jedynie w przestrzeni kościelnej, teraz z mocą wybrzmiewają w domach. Dodatkowo dyskusje – o sposobie przyjmowania Eucharystii, o komunii duchowej. Czy to nie znak, że nam zależy?

„Kto miłości nie zna, ten żyje szczęśliwy, i noc ma spokojną, i dzień nietęskliwy.”

Adam Mickiewicz

Tęsknota. Za byciem we wspólnocie. Za adoracją. Za Bogiem w Kościele. Jestem pewna, że wielu się o miłość do Boga przed kwarantanną nie podejrzewało. Żeby jednak ta fala uczucia nie przeminęła trzeba działać. Tu i teraz. Środków jest mnóstwo. Kanały na YouTubie, publikacje internetowe, audiobooki, książki (te dwie opcje często z okazji akcji #ZostanwDomu oferują spore promocje). Autorów i sposobów przybliżania się do Boga i nauki Kościoła jest mnóstwo.

„<Poznanie Boga> brzmi grzecznie… Tymczasem to <poznanie>, które angażuje wszystkie zmysły człowieka. Tym słowem określa się też akt seksualny, współżycie mężczyzny i kobiety! On chce aż takiej bliskości, marzy o takim zjednoczeniu, przylgnięciu do człowieka. Nieustannie szuka z nami relacji. Nigdy z nas nie zrezygnuje. Należymy do Niego.

Marcin Jakimowicz

Modlitwa i lektura Pisma Świętego – niech staną się naszą codziennością. Zacznijmy poznawać Boga. Rozmawiajmy z Nim. Starajmy się stworzyć z naszym Panem w Niebie dojrzały związek. Taki, który nie ogranicza się tylko do pacierza rano i wieczorem, ale który pragnie czegoś więcej.

Bóg czeka. W swej niepojętej i przeogromnej miłości chce słyszeć o tym, co dzieje się u nas… od nas samych. Nie szukajmy jednak w Słowie Bożym tylko siebie. Dajmy się Mu prowadzić. W prawdziwej przyjaźni i miłości pragnie się poznania drugiej strony, nie tylko egoistycznego wygadania się.

Relacje w rodzinie

Bardzo spora część z nas została zmuszona do przebywania 24 godz./dobę ze swoją rodziną. Dla wielu to sytuacja zupełnie nadzwyczajna. Wyznaczany dotąd przez różne wyjścia rytm został poważnie zaburzony. Rutyna dom-praca-praca-dom w wielu przypadkach przestała istnieć. Bycie razem, czyli coś, co powinno sprawiać radość – przeraża i męczy.

Mąż wystraszony tym, że teraz musi być tylko z żoną. Mama przerażona perspektywą spędzania całych dni z dziećmi. Można odnieść wrażenie, że najbliżsi to wrogowie wolności osobistej. Osoby, z których obecności powinniśmy się cieszyć najbardziej – stają się nieproszonymi dodatkami w nowej rzeczywistości.

Wokół mnóstwo strachu, paniki, negatywnych emocji. W domu powinniśmy znajdywać ukojenie. Rodzina powinna być termoforem ogrzewającym zimno przynoszone z zewnątrz. Tylko jak to zrobić, skoro często jesteśmy od siebie oddaleni? Co począć, gdy rodziną jesteśmy tylko z nazwy. Gdy więzi zanikły?

„Dom to nie budynek, ulica czy miasto. Byle cegły i zaprawa to tylko pozór domu, bo przecież naprawdę dom jest tam, gdzie mieszka rodzina.”

John Boyne

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Więcej czasu spędzanego w domu niech będzie równoznaczne z większą ilością czasu dla bliskich. Zacznijmy od wspólnoty stołu. Zjedzmy razem niespieszne śniadanie – zwykłe kanapki, przecież nie musimy od razu serwować zapiekanych owoców pod wymyślną kruszonką 😉 Odłóżmy telefony i tablety – porozmawiajmy. Może tata ma ciekawy projekt w pracy? Może dzieciaki pracują nad czymś fascynującym w szkole? Tak niewiele trzeba. Zwykła prosta wymiana niezobowiązujących informacji. W życiu rzadko doświadczamy czegoś spektakularnego. Codzienność jest zbudowana ze zwyczajności.

Planszówki. Wspólne czytanie książek. Kino domowe. Pomoc w edukacji. Proste sposoby na stworzenie sobie przestrzeni do bycia razem. Nie pozwólmy na to, żeby życie w kwarantannie skutkowało większą ilością telefonu i telewizji. Niech to będzie czas na zbudowanie NAS od nowa. Na tworzenie wspomnień i zdobywanie nowych, wspólnych doświadczeń. Niech dom stanie się azylem, w którym panuje ład, miłość i ciepło.

Relacja z samym sobą

W zamknięciu łatwo o utratę zdrowego rozsądku. Łatwo o zatracenie siebie, gdy trzeba bez przerwy zajmować się kimś, gdy ciągle obok jest ktoś. Chociaż to szansa na stworzenie wspaniałych relacji międzyludzkich – każdy człowiek potrzebuje też ciszy. Bycia sam na sam ze sobą.

Łazienka. Można zrobić sobie domowe SPA. 15 minut, słuchawki na uszy, żeby do minimum ograniczyć szumy dochodzące z mieszkania.

Sypialnia. Dobra książka, na którą od dawna trudno było znaleźć czas. 15 minut sesji czytelniczej.

Odludzie. Przyroda i ty. Docenienie tego, co jest. Bez oglądania się na to, co było i zamartwiania o to, co będzie. 30-minutowy spacer wśród drzew, po polu lub łące.

Harmonia odzyskana.

Każdy z nas jest inny, każdy powinien mieć swój sposób na regenerację. Taki czas kontemplacji nie ma być jednak czasem frustracji. Bo wolałabym inaczej, bo to nie tak miało być, bo w ten sposób się nie da. Dostrzeżenie swoich potrzeb, pogodzenie się z ograniczeniami, akceptacja. Żeby dawać spokój – samemu trzeba tym spokojem żyć.

W tych wszystkich relacjach – z Bogiem, innymi, z sobą – nie zapominajmy o najważniejszym. O uśmiechu. Nawet jego cień na twarzy może w innym wywołać iskierkę optymizmu. A w nas uruchomić tajemnicze mechanizmy, które nawet z kiepskiego dnia wyczarują dobre chwile.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *