Dwie obrączki na drewnianym pomoście
Mama w świecie,  O życiu wszystko i nic

(Nie?)Romantyczna historia małżeńska

Niedawno przeprowadziłam bardzo ciekawą rozmowę z koleżanką. Narzekała, że w jej związku po narodzinach dziecka nic już nie jest takie samo. Bobas najpierw psuł im pożycie małżeńskie, bo wiecznie płakał. Teraz, gdy podrósł (ma trochę ponad dwa latka), potrafi każdy romantyczny gest męża zniszczyć swoim dziecinnym komentarzem. I nie pozwala się przytulić – zaraz podbiega do mamy i taty próbując ich rozdzielić.

Na początku droga usłana różami. Wspaniałe randki, potem przyjemny czas „chodzenia” ze sobą. W końcu – zaręczyny i ślub. Wszystko miłe, piękne i przyjemne. Czas snucia wspólnych planów, ogarniania miliona rzeczy, ale i mnóstwa chwil tylko we dwoje. I tak aż do pojawienia się maleństwa. Wbrew obiegowej opinii – to nie ślub zmienia najwięcej w życiu młodej pary. To narodziny pierwszego potomka. A każdy kolejny tylko podnosi poziom trudności.

Życie małżeńskie z dziećmi nie jest łatwe. Pamiętanie o sobie, gdy dzieci są małe, nie przesypiają nocy, chorują, jest bardzo trudne. Czasami świat tygodniami kręci się wokół syropów przeciwgorączkowych, nasłuchiwania kaszlu i wynajdywania nowych sposobów na łagodzenie bólu ucha. Do tego często zazębia się to z rozkręcaniem kariery zawodowej – projekty piętrzą się, terminy gonią, stres rośnie… Czy w takich warunkach w ogóle realne jest romantyczne randkowanie? Albo nawet ogólnie – zwykłe partnerskie spotkanie?

Małżeństwo jest planetą, gdzie on jest biegunem północnym, ona południowym, dzieci zwrotnikami, a szczęście równikiem.

Honore de Balzac

Kiedy trzeba porzucić planowanie na rzecz wymuszonej spontaniczności, a jedyną pewną rzeczą w ciągu dnia jest pora podania antybiotyku, zrozumienie często zajmuje miejsce romantyzmu. Tolerujemy ciągłe zmęczenie drugiej strony, drażliwość i poddenerwowanie. Żyjemy słowem KIEDYŚ. Kiedyś jeszcze odzyskamy sypialnię, kiedyś wyskoczymy razem na pizzę, kiedyś wyjdziemy do kina. Zapominamy o tym, że to nie kiedyś, a teraz, tworzy się relacje. To TERAZ powinniśmy zadbać o to, co nas łączy, żeby gdy nadejdzie KIEDYŚ, było przeżywane razem.

Dla mnie małżeństwo z małymi dziećmi to łapanie chwil.

To ten moment, gdy mąż wraca z pracy i uśmiecha się tak, że miękną kolana. Ta chwila, gdy dzieciaki 2 minuty bawią się razem a my łapiemy się w kuchni na przytulenie i całusa. Te sekundy, gdy leci piosenka przywołująca wspomnienia i zaczynamy razem tańczyć (przed dołączeniem dzieciaków zwabionych imprezą 😉).

Mnie nie burzy romantyzmu komentarz mojego dziecka. To raczej smaczek dodający jeszcze większego uroku. Mojego wieczoru nie niszczy głos z pokoju dzieci, że któreś musi siku.

Nie nastawiałam się na romantyzm po narodzinach dzieci. Życie to nie film, w którym mały berbeć to niema ozdoba na planie. Trzeba mieć realne oczekiwania i … carpe diem 😉 Nie stawiać sobie i mężowi zbyt wysoko poprzeczki. Dostosować się do sytuacji. Dbać o siebie. Rozwijać miłość. Rozwijać przyjaźń. Być dla siebie nie tylko kochankami, ale również kolegami. Nie nastawiać się na idealnie. Cieszyć się z nieperfekcyjności. Być tu i teraz. To się już nie powtórzy.

Kocha się naprawdę i do końca tylko wówczas, gdy kocha się zawsze, w radości i smutku, bez względu na dobry czy zły los.

św. Jan Paweł II

Mówi się, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci. Szczęśliwe małżeństwo to szczęśliwa rodzina. Im szybciej otrząśniemy się z komedii romantycznych, wizji związków oferowanych przez media – tym lepiej dla nas.

To, jaką wizję małżeństwa będą miały nasze dzieci, jest w naszych – rodziców – rękach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *