Brzoza na pierwszym planie, rośnie nad jeziorem. Za taflą wody las. Niebo z lekkimi chmurami. Życie po detoksie od mediów.
Mama w świecie,  O życiu wszystko i nic

Offline to życie.

Czyli jak uwolniłam się od social mediów i odzyskałam swoje prawdziwe ja.

To miał być tylko dodatek do życia. Stał się jednak jego pożeraczem. Instagram zainstalowałam po to, żeby promować swojego bloga (tak, właśnie tego, który czytasz!). Minęło kilka lat, a ja utknęłam. Z roku na rok opłacałam utrzymanie tego miejsca tylko po to, żeby nie stracić tego, co tu napisałam. Instagram też przestał być zabawą. Co więcej — przestał być nawet miejscem, w którym cokolwiek tworzyłam. Stał się za to idealnym sposobem na zabijanie nudy. I na odstresowanie się. Również na regulację emocji. I na smutki. Także na trudne momenty z dziećmi. Stał się sposobem na wszystko. Wchodziłam tylko na chwilkę — nagle okazywało się, że minęła godzina. GODZINA z życiem osób, których nigdy nie poznam. GODZINA, którą mogłam poświęcić swojej rodzinie, zainteresowaniom, porządkom, odpoczynkowi. Czemukolwiek, co miałoby jakiś realny wpływ na moje życie.

GODZINA, która już nie wróci.

Siła przyciągania tego medium zaczęła mnie przerażać. To był właśnie moment, kiedy powiedziałam stanowcze STOP.

Naprawdę szukasz inspiracji?

Jednym z głównych powodów, dla których wchodziłam w te wszystkie uzależniające aplikacje, było poszukiwanie różnorakich inspiracji. Sposoby na niejadków, szybki obiad dla rodziny wielodzietnej, rozwijające zabawy dla maluchów… Ilość zapisanych postów w moich zakładkach jest imponująca. Tylko czy to przełożyło się na moje życie poza siecią? Z przykrością stwierdzam — nie. Wciąż gotowałam i gotuję sprawdzone obiady, a gdy mam ochotę zaszaleć, zerkam do katalogu inspiracji Thermomixa lub zaglądam do kwestiasmaku.com. Czy dzięki internetowi zaczęłam się więcej bawić z dziećmi w jakieś ekstra zabawy? Oczywiście, że nie. Wciąż najbardziej lubię im czytać i zwiedzać bliższą i dalszą okolicę. Kreatywne zabawy? Malujemy farbkami, lepimy z plasteliny, czasami szalejemy z sensoryką i rozsypujemy wszędzie kaszę. Do wymyślnych zabaw rodem z Pinteresta bardzo nam daleko.

Zrobiłam sobie szczery rachunek sumienia. Spędzałam tyle czasu na przeglądaniu, analizowaniu i planowaniu rzeczy, których koniec końców — nie doprowadzałam do końca. To rodziło niesamowitą frustrację z mnóstwa powodów.

  1. Mój mózg nie lubi, gdy coś zaczyna, ale tego nie kończy. W tym wypadku w 90% przypadków tak właśnie było.
  2. Po takiej sesji zostawało głównie poczucie straconego czasu. Przepis był świetny, ale brakowało składników. Zabawa kreatywna — nie dla wieku moich dzieci. Albo zwyczajnie: nie miałam siły na kolejny wielki bałagan.
  3. Bilans przeważnie wychodził na moją niekorzyść — moje dzieci mają nudne dzieciństwo z nudną mamą.

Czemu sobie to robiłam? Dlaczego nie rzuciłam telefonu na bok i po prostu nie odpuściłam?

Dopamina uzależnia — doskonale wiedzą o tym twórcy platform społecznościowych.

Miałam mnóstwo postanowień, jeżeli chodzi o czas ekranowy. Ustawiałam blokady, nastawiałam budziki, które miały mnie wyrwać z matni scrollowania. Wszystko na nic. Zbyt łatwo było nacisnąć przycisk „anuluj”, wmówić sobie, że jeszcze tylko 5 minutek. Wpadłam w wir i nie mogłam od niego uciec. Wmawiałam sobie, że na tym zyskuję, a tak naprawdę traciłam cenne tu i teraz.

Niektórzy mówią (usłyszałam to nawet w konfesjonale!), że każdemu należy się trochę rozrywki i to nic złego sobie tak posiedzieć z telefonem. Inni porównują media społecznościowe do kolorowych gazet, które kiedyś przeglądaliśmy w poczekalniach, albo które były takimi „guilty pleasures” dla naszych mam. Wydaje mi się, że porównanie jest mało trafne. Życie celebrytów, porady jak być idealną panią domu i inne takie kwiatki brukowców miały początek, ale po kilkudziesięciu stronach dochodziliśmy do końca. Internet to świat rozrywki bez końca. Gazety przeglądaliśmy ze spokojem, nasz mózg nie wariował.

Rolki i posty to kasyno, od którego łatwo się uzależnić.

Nadchodził Wielki Post. Ja byłam w coraz gorszej formie psychicznej. Czułam, że dzieje się coś złego. Wiedziałam, że jeżeli teraz z tym czegoś nie zrobię — nie uda się nigdy. Wielki Post od zawsze mobilizował mnie do radykalnych zmian. Z Bogiem mogę wszystko. Nadszedł wtorkowy wieczór przed Środą Popielcową i po prostu wykasowałam z telefonu wszystko to, co mnie rozpraszało. YouTube, Facebook, Pinterest, Instagram poleciały do kosza.

„Zaufaj Panu całym sercem, a nie polegaj na swej umiejętności. W całym Twoim postępowaniu staraj się Go rozpoznać, a On wyrówna twoje ścieżki.”

Te słowa z Księgi Przysłów (Prz 3, 5-6) towarzyszyły mi na początku nowego życia. Czy było łatwo? Nie. Czy było warto? Zdecydowanie tak.

A ty — jesteś gotowy, żeby się uwolnić?

Chociaż początki bez mediów społecznościowych były trudne (Bóg jeden wie, ile razy sięgałam po telefon tylko po to, żeby się zorientować, że łatwy rozpraszacz już nie jest pod ręką) teraz, po kilku miesiącach, czuję się po prostu wolna. Mam mniejszy mętlik w głowie, powoli odkrywam na nowo siebie. Być może ty nie będziesz potrzebować aż tak drastycznych środków. Jestem jednak pewna, że detoks jest możliwy i potrzebny większości z nas.

Spróbujesz?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *