Dlaczego jestem „tylko” mamą?
Czyli o tym, dlaczego zdecydowałam się na pełen etat w domu.
„Jesteś tylko mamą w domu? Nie nudzi Ci się bycie z dziećmi? Co robisz całymi dniami? Kiedy wracasz do pracy?” To niektóre pytania, które spotykają osoby takie jak ja – mamy, które są na „wiecznym wychowawczym”. Moje ulubione to ostatnie, czyli kiedy wreszcie zabiorę się za prawdziwą robotę, a nie tylko bieganie za dzieciakami i dbanie o (jako taki) ład w domu 😉 Skoro macierzyństwo na pełen etat cieszy się tak słabą renomą – dlaczego zdecydowałam się właśnie na taką „karierę”?
1. Mogę towarzyszyć dzieciom dłużej.
Jestem pierwsza. Pierwszy uśmiech, słowo, kroki i upadki. Pierwszy dzień w szkole, pierwsze przyjaźnie, bójki i kłótnie. Jestem na codzień. Odbieram dzieci i po prostu rozmawiamy. Albo milczymy. Mam ten ogromny przywilej, że mogę przy nich po prostu być częściej i dłużej. Oczywiście towarzyszenie wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej. Staram się być empatyczną i uważną mamą, ale zdarza mi się być też jędzą marudzącą wyłącznie o porządek w pokoju. Nie ma ideałów 😉
Cieszę się tym, że moja młodzież nie musi spędzać godzin na świetlicy. Kończą lekcję i niemal od razu zjawiam się ja. Dzięki temu nie tylko my jesteśmy ze sobą więcej, ale również oni mogą chwilę dłużej odetchnąć w domu i odpocząć od szkolnej wrzawy. Każdy potrzebuje wytchnienia i pobycia samemu ze sobą. Dodatkowo pojawia się zwyczajna tęsknota za zabawą z rodzeństwem. Dzięki temu, że jestem w domu możemy te momenty, które mamy, wykorzystać na maksa.
2. Jestem spokojniejsza i mniej rozproszona.
Żonglowanie obowiązkami domowymi i zawodowymi. Znam to tylko z opowiadań. Jak bardzo czasami trzeba się gimnastykować, żeby dawać radę i w pracy, i w domu, i w rodzinie. Kiedy po pełnym stresu dniu trzeba wrócić do swoich czterech ścian, gdzie czekają maluchy wymagające uwagi rodzica. Dodatkowo przecież pranie, gotowanie, sprzątanie… Obowiązków nie ubywa i nawet współpracujący mąż i dzieci zaangażowane w domowe zadania ściągają z ramion tylko część z rzeczy do odhaczenia na liście.
Znam siebie. W pracy nieraz zdarzało mi się robić nadgodziny. Jak to połączyć z byciem mamą i dbaniem o dom? Dodatkowo, naprawdę nie lubię chaosu. Nie potrafię się w pełni zrelaksować jeżeli wiem, że kosz na pranie przebiera, a na podłodze rozkruszają się pozostałości po kolacji. Wiem, że nie umiałabym odpuścić – ani w pracy, ani w domu.
3. Wygoda dla rodziny i wsparcie dla męża.
Nie wiem, czy tylko ja mam takie wrażenie, ale jest taki trend, w którym małżeństwo przestaje być sakramentem, w którym nawzajem się wspieramy. W zamian staje się instytucją, w której od siebie wyłącznie wymagamy. Powiedzenie na forum, że chcę stać przy boku małżonka i być dla niego oparciem staje się wyrazem odwagi. Normą za to jest narzekanie, że ta druga osoba nie robi tyle, ile powinna i w sposób, który przecież powinien być dla niej oczywisty.
Nie wróciłam do pracy na etacie również dla mojego męża. Kropka. Wiem, że to nie jest warunek konieczny do bycia szczęśliwym małżeństwem. Pary mogą (i działają!) świetnie również wtedy, gdy oboje są zaangażowani w karierę. Jednak tutaj piszę o sobie. Mnie jest po prostu łatwiej działać w ten sposób. Mój małżonek nie martwi się, kto będzie z dziećmi podczas jego delegacji. Nie losujemy, kto bierze kolejne L4, gdy maluchy są chore. Nie przeglądamy grafików starając się wepchnąć wyjazd wakacyjny tak, żeby każde z nas mogło mieć wtedy wolne. Mój mąż ma pracę, która wymaga dyspozycyjności w różnych godzinach. Ma ten komfort, że przeciągająca się telekonferencja czy spotkanie z klientem nie musi się odbywać przy odgłosach bawiących się brzdąców 😉 Wreszcie – mamy więcej czasu dla siebie. Nie wiem, jak byśmy się zgrali, gdybym ja miała zamknięcie/otwarcie miesiąca, a on akurat jakieś kwartalne ważne sprawy. Oczywiście nie byłoby to niemożliwe, ale znacznie trudniejsze.
Podsumowanie
Szczęśliwa rodzina sama się nie robi. Jest to efekt ciężkiej pracy, codziennego wysiłku i podejmowanych decyzji. Ostatnio częściej zastanawiam się nad powrotem (chociaż na pół etatu) do firmy, w której pracowałam zanim urodziły się dzieci. Rozważamy (tak, mój mąż też jest zaangażowany proces decyzyjny 😉 ) różne za i przeciw. W mojej głowie wciąż pracuje pytanie małżonka „po co jest ci ta praca?” Nie, nie dlatego, że za wszelką cenę chce mnie trzymać w domu 😉 To „dlaczego?” jest bardzo ważne. Skoro nie jest to konieczne materialnie, a ja nie jestem lekarzem, który może ratować ludzi to… dlaczego chcę tam być?
Obawiam się, że na chwilę obecną moją jedyną szczerą odpowiedzią jest „bo inni oczekują, że kobieta XXI w. będzie robić karierę.” I jeszcze „nie będą na mnie dziwnie patrzeć, gdy będę mówić, że jestem mamą na pełen etat”. Tylko czy to ci inni przeżyją życie za mnie? Czy oni będą mierzyć się z konsekwencjami moich decyzji? Czy naprawdę tak bardzo zależy mi na opinii świata?
W idealnym świecie decyzje innych nie byłyby oceniane przez pryzmat własnych doświadczeń. Niestety, to chyba utopijna wizja. Staram się działać w zgodzie ze sobą, brać pod uwagę to, co sądzą najbliżsi i nie patrzeć na otoczenie. Koniec końców – czy kogoś krzywdzę tym, że moją pasją i jedynym zajęciem jest dbanie o dom i dzieci najlepiej jak potrafię? To moja droga. Twoja pewnie jest zupełnie inna, nawet jeżeli pozornie podobna. Możemy od siebie czerpać. Z pewnością inspirowanie daje dużo więcej sił i radości, niż recenzowanie innych na podstawie krótkiego obrazka z życia.
Pokora w macierzyństwie
Zobacz również
Dlaczego NIE edukacja domowa
24 sierpnia 2023
Dzieciństwo o którym wciąż marzę…
29 sierpnia 2020
2 komentarze
Ola
Pisałaś kiedyś, Basiu, że lubiłaś swoją pracę i „cyferki” 😊 Może to Cię ciągnie? Trudne to są decyzje. Mam w domu przedszkolaki, ale coraz częściej myślę, że dzieci szkolne też potrzebują mamy w domu. Może nawet bardziej? Dobrze wiedzieć, że u Was to się sprawdza.
Basia
Zgadza się! Do teraz bardzo lubię poukładane i niezmienne zasady matematyki i przejrzyste tabele Excela 😉 Tylko… nie potrafię sobie wyobrazić siebie przed 40. wciąż klepiącą te same fakturki, które robiłam zaraz po studiach 😀
Właśnie mam podobne myśli. Dzieci szkolne, nastolatki trochę się odpuszcza, bo już przecież nie wymagają od rodziców tak wiele pomocy jak maluszki, prawda? Tylko… według mnie to wcale nie znaczy, że one nas nie potrzebują. Zgadzam się z Tobą – wydaje mi się, że one odczuwają potrzebę bliskości z rodzicem inaczej, ale właśnie może nawet bardziej.