ławka na skraju lasu i ciepło oświetlonej przez słońce łąki
... sobie,  Mama czyta

Jakim rodzicem powinnam być?

Czyli o poradnikach „Jak wychować dziecko?” słów kilka.

Początek

Tak naprawdę nie wiem, jakim byłabym rodzicem gdyby nie książki o wychowaniu, które przeczytałam. Jedne oczywiście były lepsze, inne gorsze. Wybierałam i te bestsellerowe, ale też i te mniej znanych autorów. Przy niektórych tylko kiwałam głową chłonąc treść i zgadzając się z większością proponowanych metod, inne z kolei budziły we mnie niezadowolenie, a nawet niesmak i komentarz w głowie „to się nie może udać”…

Zdecydowanie jestem rodzicem określanym mianem „świadomego”. Znam różne teorie, czytałam i o rodzicielstwie bliskościowym w duchu porozumienia bez przemocy, i o bardziej „klasycznych” metodach. Od razu na początku zaznaczam, że w żadnej z lektur nie proponowano kar fizycznych i psychicznych. Ot, różne zdrowe podejścia do towarzyszenia dziecku na drodze od małego słodkiego bąbelka do pewnego siebie dorosłego.

Czy te podręczniki, których autorzy tak dużo wiedzą coś mi dały? Z pewnością! Wierzę, że wszystko, co czytamy w jakiś sposób nas kształtuje. Każda rzecz, z którą się stykamy zostawia w nas ślad. Jednak czy dzięki tym lekturom jestem lepszym rodzicem? Szczerze? Nie wiem.

Niby nic złego, a jednak mąci w głowie.

Teorii na temat tego, jak wychować świadomego siebie dorosłego jest bez liku. Każdy ma swoją. Ilu specjalistów – tyle sposobów. Łatwo się w tym pogubić. Z zagubieniem w temacie macierzyństwa i ogólniej – rodzicielstwa, wiąże się u mnie poczucie winy. Po pierwsze, bo niezależnie od tego, ile przeczytam to nawet 10% wiedzy w trudnych momentach nie wykorzystuję. Wkraczam na utarte schematy i tyle by było ze świadomego rodzicielstwa. Po drugie – zdaję sobie sprawę, jakie błędy popełniam. Z jednej strony super bo wiem nad czym mogę pracować. Jednak w poradnikach dotyczących wychowania oprócz przykładów dobrego reagowania są też te, które właściwymi reakcjami nie są. Połączone przeważnie z wizją tego, jak wielką krzywdę wyrządza dziecku osoba niewłaściwie postępująca. I co z tego, że można przeprosić? Zadra zostaje.

Tak, oczywiście na koniec zawsze jest wzmianka, że nikt nie jest idealny. Tylko czy czytając takie książki rodzice do tego ideału jednak nie zaczynają dążyć? Czy zagłębiając się w treści podręczników od życia naszym celem nie jest właście osiągnięcie perfekcji? Chociaż w rozmowie, albo rozwiązywaniu kłótni między rodzeństwem, albo wspieraniu w rozwijaniu talentów?

Czytanie poradników dla rodziców pogłębia zapędy perfekcjonistyczne perfekcjonistów, wyrzuty sumienia tych, którzy mają gorszy moment i często wpędza w poważne dołki. Czy przez to jestem przeciwniczką takich książek? Mimo wszystko – nie. Zaczynając jednak od nowa moją przygodę z macierzyństwem wybrałabym chyba tylko klasyków, całą resztę zostawiając jako niepotrzebne wątpliwości (których przecież i tak mi nie brakuje).

Inny niż wszystkie?

Po książkę Izabeli Antosiewicz „Nakarm, naucz i puść wolno” sięgnęłam wyłącznie ze względu na sympatię do autorki (przeczytałam dwie jej kolejne książki „Talenty” i „O poczuciu własnej wartości”). Pani Izabela ma lekkie pióro, dobrze się ją czyta (i słucha). Ma doświadczenie w wychowywaniu, bo jest matką dorosłych dzieci. Dodatkowo posiada kompetencje zawodowe, które w moich oczach czynią ją wiarygodną w temacie tego, jak towarzyszyć dzieciom w ich życiowej drodze.

Nie zawiodłam się!

Książka o tym, jak wychować dzieci na szczęśliwych ludzi zdejmuje presję. Pani Iza dzieli się swoim, zupełnie nieidealnym, doświadczeniem. Kiedy mama czyta, że ktoś popełniał błędy, a jednak rodzina pozostała szczęśliwa i dorosłe dzieci wciąż uśmiechają się do swoich rodziców – może odetchnąć z ulgą. Kilka razy czytając tę książkę czułam, jak wielki kamień spada mi z serca. Dodatkowo, lektura skłania do refleksji. Nie podaje gotowych rozwiązań, raczej zachęca do znalezienia swojej drogi. Sugeruje obszary, nad którymi warto się pochylić i zadaje pytania. Czuje się, że autorka wierzy, że mogę i potrafię uporać się z tym, co akurat w moim domu nie działa samodzielnie. Czy to nie przyjemne, gdy ktoś obdarza nas zaufaniem i nam dopinguje? Czasami naprawdę niewiele wystarczy, żeby mama uwierzyła, że ma tę moc. Wydaje mi się, że właśnie takie umacnianie młodych (i tych starszych) rodziców to coś, co może realnie i pozytywnie wpłynąć na rodzicielstwo.

„Nie ma idealnych rodziców. Wszyscy jesteśmy najlepszymi rodzicami dla naszych dzieci, bo przecież nie będą mieć innych. W własnej perspektywy radzę ci: po prostu ciesz się, że masz dziecko. Bądź z nim na sto procent. To wystarczy, żeby mieć satysfakcję z rodzicielstwa. Zanurz się w to rodzicielstwo tu i teraz. I poczuj wdzięczność za to, czego właśnie doświadczasz. Każda chwila niesie piękno i dobro. Rozejrzyj się tylko i poszukaj. To, co naprawdę ważne i wartościowe, często jest ukryte głębiej, żebyśmy nie mogli tego podeptać w pośpiechu naszej codzienności.”

Izabela Antosiewicz, „Nakarm, naucz i puść wolno”

Dodam jeszcze, że pani Izabela przez lata była mamą na pełen etat. Karierę rozpoczęła, gdy dzieci były już starsze. Jeżeli więc jakaś mama decyduje się na zostanie z dzieckiem nieco dłużej niż urlop macierzyński to może to być dla niej inspiracja. Wybór macierzyństwa, chociaż teraz nadrzędny i jedyny, może być jednocześnie początkiem fascynującej i napełniającej kariery zawodowej 🙂


O książce:

Tytuł: Nakarm, naucz i puść wolno. Jak wychować dzieci na szczęśliwych dorosłych.

Autor: Izabela Antosiewicz

Książkę można kupić na przykład TUTAJ.

2 komentarze

  • Emilia

    Też czytałam swego czasu mnóstwo tego typu poradników. Doszłam do wniosku jednak, że wszystkie one opierają się na przekonaniu o własnej sprawczości, w której nie ma miejsca dla Pana Boga. Jeśli tylko użyjemy odpowiednich technik i metod przezwyciężymy własne ograniczenia, wyjdziemy poza własne zranienia i już nigdy nie krzykniemy na dziecko, bo krzyk powoduje zmiany w mózgu. Tymczasem Pan Jezus mówi jasno, tylko Pan Bóg jest dobry i bez niego nawet najmniejszego dobra nie jesteśmy w stanie uczynić. Innymi słowy Pan Bóg nie oczekuje od nas wcale, że nigdy nie zranimy swoich dzieci i że one nigdy nie powinny być zranione, nie uczynił nas ideałami, nie mamy wcale do tego dążyć. Nade wszystko mamy wyposażyć nasze dzieci w wiarę i przekonanie, że jest ich Ojciec Niebieski, który naprosuje wszystko, co my rodzice poprzez naturę ludzką sknocimy. Nie chce On także, by nasze dzieci były ciągle tylko szczęśliwe i radosne, by żaden cień nad nimi nie zawisł. O nie, mówi do nich dzieci bądźcie posłuszne rodzicom, ma wymagania także względem nich. i nasze dzieci mają przede wszystkim być zdolne do miłości i przekazywać tę miłość a wszystko to po, by osiągnąć Życie Wieczne. innego celu i rodzicielstwa i dziecięctwa nie ma.

    • Basia

      Bardzo mądry komentarz, dziękuję Ci za niego! Jeżeli miałabym wybrać jedną rzecz, którą chciałabym żeby dzieci wyniosły z domu to właśnie wiarę. Przekonanie, że tylko na skale jaką jest Bóg warto budować bo bez Niego wszystko prędzej czy później stanie się ruiną. Nigdy jednak nie spojrzałam na kwestię poradników w taki sposób jak ty. Celem Niebo – o to się modlimy wieczorem, żebyśmy wszyscy kiedyś tam się spotkali.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *