Ręka dziecka trzymająca dorosłego za palec, symbol prowadzenia przez dorosłego i wymagania wobec dzieci.
Mama w świecie,  O życiu wszystko i nic

Czy rodzice nadal są… rodzicami?

Zanim miałam dzieci wiele rzeczy wydawało się prostych i naturalnych. Rodzą się dzieci, opiekuję się nimi, wychowuję, w końcu wyrastają na odpowiedzialnych i dobrych dorosłych. Co w tym trudnego? Zwykła rzecz, którą ludzie robią od zawsze. Jakoś nie przychodziło mi do głowy pytanie JAK chcę to zrobić? Wszystko miało przyjść tak po prostu. I jestem więcej niż pewna, że przyszłoby, gdyby nie po pierwsze – internet, po drugie – tona parentingowych książek, które zaczęłam przerabiać. Obserwując internetowych ekspertów z przerażeniem stwierdziłam, że nic nie wiem. Jedyne, co dzieciom sprzedam to poważna trauma. Żeby tego uniknąć, zaczęłam się zaczytywać w mądrych lekturach, które… szczerze powiedziawszy zabrały mi zdrowy rozsądek, a wtrąciły w pułapkę wiecznych wyrzutów sumienia.

Kim jest rodzic?

Nie wiem, czy kiedyś odpowiedź była oczywista. Wydaje mi się, że być może wcześniejsze pokolenia wcale nie zadawały sobie tego pytania. Dziecko się pojawia i ma się słuchać rodzica. Tyle w temacie. Dzisiaj jest inaczej. Dziecko ma głos. Według mnie – powinno go mieć, bo każdy zasługuje na wysłuchanie. Mam jednak wrażenie, że wysłuchanie w wielu przypadkach ustąpiło pobłażaniu, a nawet – podporządkowaniu się małemu człowiekowi. Tak jakby rodzice zapomnieli, że ich główną rolą nie jest ciągłe tłumaczenie dziecka i dziecku.

Też dałam się nabrać na tę narrację! Wsłuchaj się w uczucia, pamiętaj, że wszystko jest procesem, stawiaj granice, tłumacz i tłumacz. To wszystko oczywiście racja tylko nie do przesady. Uczucia są ważne, ale moją rolą jest od początku uczyć, że emocje nie usprawiedliwiają każdego sposobu postępowania. Wychowanie to proces – wymagajmy zatem więcej od nastolatków! Nie stawiajmy ich umiejętności samokontroli na równi z przedszkolakami. Tłumaczenie ma sens, ale równie ważna jest umiejętność dawania krótkich komunikatów. Zwłaszcza młodszym dzieciom.

Tymczasem obserwując dzisiejszych rodziców (też zaliczam się do tej grupy!) coraz bardziej mam ochotę krzyknąć „dość!” Daliśmy sobie wejść na głowy wierząc, że każde złe zachowanie można i powinno się wytłumaczyć. Nagle okazuje się, że zwrócenie uwagi jest przemocowe, a stawianie jasnych wymagań – stresujące. Dzieci więc rosną w przekonaniu, że to, co czują to jedyna słuszna prawda. Różne sytuacje życiowe interpretować powinno się wyłącznie przez własne ja. Każdy stres to z kolei rzecz, o której natychmiast powinno poinformować się rodzica, którego rolą jest obrona przed całym złem świata.

Zdrowy rozsądek

Im więcej dzieci mam, tym bardziej wiem, że nic nie wiem o wychowaniu. Głupio mi, gdy czasami jakaś koleżanka pyta mnie „co robić?” Nie czuję się ekspertem od wychowania tylko dlatego, że mam czwórkę dzieci. Staram się działać jak najlepiej jeżeli chodzi o moją młodzież. Czy to przyniesie dobre owoce? Modlę się o to. Największą ufność jeżeli chodzi o dorastanie pokładam w Panu Bogu. Głęboko wierzę, że ze wszystkich moich błędów wychowawczych Pan Bóg wyprowadzi jakieś dobro (dołączam do róży różańcowej rodziców za dzieci). Żeby jednak On mógł działać, ja też nie mogę być mierna i bierna.

Rodzic nie ma być przyjacielem dziecka. Ma z nim zbudować jedyną i niepowtarzalną więź – mama-dziecko, tata-dziecko. Kolegów i koleżanek nasz maluch będzie mieć wielu. Rodziców ma tylko jednych. Zdrowa więź, oparta na autorytecie mamy i taty. Matko! Jak bardzo niemodnie, a nawet niebezpiecznie, to brzmi. Bo czymże jest autorytet? Czy ktoś w ogóle przypisuje to słowo rodzicom?

Autorytatywny to nie to samo, co autorytarny

Św. Augustyn mówił, że „życie rodziców jest księgą, którą czytują dzieci”. Najpierw musimy wymagać od siebie. W dzisiejszych czasach to trudne. Samorozwój – tak. Wymagania – już niekoniecznie. Chcę, żeby moje dziecko mniej korzystało z telefonu – mnie widzi bez przerwy z nosem w ekranie. Dieta młodego człowieka ma być zdrowsza – sama unikam warzyw i owoców. Pragnę, by moje dziecko było miłe dla ludzi wokół – ja nieustannie narzekam i obgaduję innych. Autorytet rodzica ma polegać na tym, że sam nie spoczywa na laurach.

Jako rodzic powinnam wysoko stawiać poprzeczkę, ale jednocześnie dawać duże wsparcie. Konsekwencja nie niszczy relacji. Rodzic stawiający mądre wymagania to ktoś, kto nie boi się odpowiedzialności. Obserwuje, analizuje i ma doświadczenie, które młody człowiek dopiero nabywa. Dzieci tak naprawdę nie powinny być zmuszone do samodzielnego sterowania, zanim są na to gotowe. One potrzebują kogoś, kto ten ster złapie i wskaże kierunek. Pomoże dotrzeć bezpiecznie do portu. Nie będzie bał się szkolić młodego adepta. Wręcz przeciwnie – będzie to robił z radością, cierpliwością i opanowaniem.

Liczne badania wskazują, że dzieciom sprzyjają nie tylko miłość, akceptacja i zrozumienie, ale również jasne zasady, konsekwencja i oczekiwania dostosowane do ich wieku.* Najkorzystniejsze rezultaty wiążą się na ogół z wychowaniem autorytatywnym, które łączy rodzicielskie ciepło z wymaganiami.

Dlaczego więc nie wymagamy? Dlaczego zebrania w szkole to tak często usprawiedliwianie ewidentnie złego zachowania młodzieży? Skąd bierze się brak zwykłego „przepraszam”?

Czy współczesnym rodzicom rzeczywiście brakuje odwagi, żeby wymagać od dzieci, czy raczej tak bardzo boją się utraty dobrej relacji z dzieckiem, że zaczynają mylić miłość z pobłażliwością? A może po prostu, przepracowani i przebodźcowani, chcemy mieć wreszcie święty spokój?

Kogo chcę wychować?

Warto usiąść i zastanowić się nad odpowiedzią na to pytanie. Czy moim celem jest wychowanie kogoś, kto nie będzie bał się odpowiedzialności i pracy? Czy może osobę, która będzie oczekiwała, że świat się do niej dostosuje?

Jak każda mama mam nadzieję, że moje dzieci będą miały dobre życie. To jednak nie znaczy, że bezproblemowe i usłane jedynie różami. Chciałabym, żeby nie bały się popełniać błędów, ale potrafiły się do nich przyznawać i, jeżeli trzeba, przepraszać. Pragnę, by z każdego upadku potrafiły powstać. Żeby potrafiły kwestionować swoje przekonania i myśli, dopuszczać możliwość, że się mylą. Chciałabym, żeby o szacunku nie tylko mówiły, ale też potrafiły go okazać.

Łatwo mówić, trudniej zrobić. Wciąż więc lawiruję. Czasami, zwłaszcza, gdy brak mi sił, odpuszczam. Bywa, że za bardzo usprawiedliwiam niektóre zachowania. Szukam swojej drogi. Wiem jednak, że coraz mniej boję się stawiać poprzeczkę wyżej. Nie chodzi o dociskanie śruby, raczej o naukę… życia. Już za parę chwil (bo życie pędzi) te moje wczesne nastolatki będą dorosłe. Czy chcę, żeby najmniejsza przeszkoda była nie do pokonania? Czy może raczej chcę pomóc dzieciom odkryć w sobie siłę? Nie zrobię tego, będąc wyłącznie pobłażliwą matką. Chcę i przytulić, i wymagać. Jestem pewna, że te dwie rzeczywistości można i powinno się pogodzić. Jak moje dzieci, tak i ja – jestem w procesie 😉

* Martin Pinquart, Związki między wymiarami i stylami wychowawczymi a problemami typu zewnętrznego u dzieci i młodzieży: zaktualizowana metaanaliza, https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/28459276/

„Wakacje z charakterem” – buduj charakter rodziny i dziecka nie tylko w wakacje!

Nie masz pomysłu na to, jak wylogować swoją rodzinę? Nasze zasady ekranowe – krótka lektura, może pomoże znaleźć rozsądne wyjście z sytuacji 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *