Rozmodlona mama…
… czyli o tym, czy i jak modli się zagoniona mama.
Modlitwa powinna być w centrum życia. Bezdyskusyjnie warto znaleźć na nią czas. Tylko jak? Przecież obiad sam się nie ugotuje, pranie nie rozwiesi się na suszarce, a dzieci (często) same bawić się nie będą. Przynajmniej nie tak długo i nie w takiej zgodzie, jakiej oczekiwałybyśmy po czasie na kontemplację 😉 Gdy zaś nadejdzie upragniony i wyczekiwany wieczór – siły opadają i jedynym pragnieniem jest łóżko i sen. Czy jest więc w ogóle sens się za to zabierać?
Modlitwa jest dla naszej duszy tym, czym deszcz dla ziemi. Nawoźcie ziemię, ile chcecie, a i tak, jeżeli brakuje deszczu, wszystko, co robicie, na nic.
— św. Jan Maria Vianney
1. Wykreślenie wymówek.
Będąc mamą małych dzieci (dużych pewnie też) łatwo jest znaleźć milion wymówek, żeby czegoś NIE robić. Naczelnym argumentem jest brak czasu. Książka? Nie, to nie ten moment. Ćwiczenia fizyczne? Raczej nie na tym etapie. Modlitwa? Chciałabym, ale… Znam to! Nie raz wpadam w tę pułapkę wiecznego zabiegania. Niekończąca się lista rzeczy do zrobienia, ciągłe rozproszenia (niecierpiące zwłoki „Mamooo” dobiegające zza ściany i spod nóg). Nie jest łatwo i nie ma sensu mydlić sobie oczu tym, że w życiu z dziećmi na pokładzie coś się samo zmieni i zrobi.
Co mi pomaga? Zimny prysznic, którym jest sprawdzenie czasu, jaki spędzam przed ekranem. Większość telefonów ma opcję kontrolowania tego, ile i na co poświęciłam czas klikając raz po raz w wyświetlacz mojego smartphone’a. Pamiętam moje przerażenie, gdy zerknęłam w ten licznik pierwszy raz. Ponad 3 godziny (!!!) z czego większość to oczywiście Instagram przeplatany Facebookiem i kilkoma minutami Pinterestu… Chociaż aplikacje są darmowe to płacimy im czymś najcenniejszym – CZASEM. Dlatego – jeżeli ktoś twierdzi, że nie ma czasu to po pierwsze niech zrobi rachunek sumienia na czym go spędza. Nie twierdzę, że każdy ma tak, jak ja 😉 Uważam jednak, że ten mały rozpraszacz naprawdę przeszkadza w zrobieniu kroku naprzód w rozwoju (i to nie tylko!) duchowym.
2. Pożegnanie ideałów.
Płonąca na stole świeca, obok ikona, cisza w domu, otwarte Pismo Święte i zeszyt do zapisania inspiracji i duchowych poruszeń. Tak, niektórym się to udaje. Niestety, nie mnie. Próbowałam już wcześniejszego wstawania. Jednak moje dzieciaki są wyposażone w wyjątkowy radar i gdy ja wstaję wcześniej – one też. Poza tym przy mocno przerywanym śnie kilka minut dłużej pod ciepłą kołderką robi różnicę 😉
Po wielu próbach po prostu porzuciłam obrazek idealny. Nawykiem, który próbuję wypracować (i jak na razie się udaje!) jest codzienna Ewangelia po przebudzeniu i komentarz do niej. Ktoś może powiedzieć – niewiele. Tylko czy w życiu duchowym od razu musi być ogień? Czasem wystarczy mała iskierka, by zapalić światło w sercu.
Wielkie cele – codzienna msza święta, regularna adoracja Najświętszego Sakramentu, poranne Godzinki i różaniec – w moim przypadku rozbijają się z hukiem o rafy codzienności. Czy to jednak znaczy, że mam porzucić życie duchowe? Odłożyć je na później? A może… ucieszyć się z godzinnej adoracji raz na jakiś czas, a potem zapalony żar podsycać drobnymi drewienkami 10-minutowej kontemplacji po zaśnięciu maluszka? Albo kilkoma dziesiątkami różańca zmówionego przy okazji czekania na koniec treningu syna?
3. Pamiętanie o codzienności.
Jezus stąpił z Nieba i przyjął ludzkie ciało. Z jego wszelkimi ograniczeniami. Pracował, bawił się, poznawał innych ludzi, chodził na spacery, gotował, męczył się, spał… Robił to, co robimy my. Różnił się od nas jedynie tym, że nie grzeszył. Łatwo o tym zapomnieć. Przecież codzienność jest taka… nijaka. I co? Mam ją traktować jako coś… świętego?
Modlitwa codziennością. Traktowanie każdej chwili jako wyjątkowego daru od Boga. Pamiętanie o Nim w każdej minucie i sekundzie. Czy to nie ideał życia chrześcijańskiego? W dodatku jak najbardziej osiągalny w mamowym życiu! Przecież codziennie można znaleźć tyle okazji do służenia innym, przezwyciężania siebie… Nie piszę tu o jakimś dobrowolnym cierpiętnictwie! Raczej o mądrym życiu Ewangelią. Dawaniu świadectwa wobec bliskich i tych, którzy znają nas tylko z widzenia. Czy nie wszyscy jesteśmy wezwani do głoszenia dobrej Nowiny? Nie trzeba być znanym ewangelizatorem! Wystarczy być dobrym Bożym człowiekiem w świecie pełnym zamętu.
Kilka słów na koniec.
Życia nie definiują spektakularne cele. Określają je za to drobne nawyki, które składają się na wielką całość. Jaka jest moja pierwsza myśl po przebudzeniu? Jak witam się z domownikami i sąsiadami? Jak reaguję na wybuchy dzieci? Czego słucham, co czytam, na co patrzę? Jak kończę dzień?
Zaprosić Boga do mojego mamowego życia. Dla mnie to znaczy przypominać sobie o Nim chociaż co jakiś czas. Spojrzeć z wdzięcznością na krzyż, na którym za mnie umarł. Podziękować za piękny wschód słońca. Uśmiechnąć się do Niego, gdy dzieci zgodnie się bawią. Wspomnieć Mu o mężu, który ma akurat ważne rozmowy w pracy. Oddać trud, jakim jest gotowanie obiadu. Odmówić po raz setny szybkie „Ojcze nasz” w zamian za krzyk bo ktoś znów nie posprzątał klocków, na które właśnie nadepnęłam.
Mama może być zagoniona i rozmodlona. Wystarczy zaprosić Boga do tego młynu. On zajmie się resztą 🙂
P.S. Jeżeli czujesz, że przyszedł czas na poznanie Pisma Świętego, ale przytłacza cię jego objętość to zapraszam do akcji „Pismo Święte codziennie”. Każdy dzień to jeden krótki (zdanie lub dwa) tekst na określony temat. Zapisać możesz się klikając TUTAJ.
Uroczystość Wszystkich Świętych
Małe wielkie rzeczy...
Zobacz również
O miłosierdziu w praktyce
13 marca 2021
Jak odpuścić sobie (i innym)?
8 sierpnia 2020