Jesteś wystarczająca!
Tylko czy to wystarczy?
Jestem jaka jestem.
Przez internet raz po raz przetacza się fala wpisów z myślą przewodnią „jestem ok.”. Może nie najlepsza, ale całkiem w porządku. Pisze się o tym piosenki, wydawane są książki i poradniki. Każde zwrócenie uwagi, że być może trzeba powalczyć o coś więcej spotyka się z głośnym krzykiem. Oskarża się takie osoby o brak akceptacji innych, wyśmiewanie. Powiesz komuś, że powinien powalczyć o zrzucenie kilku kilogramów (dla zdrowia!) – body shaming. Zwrócisz uwagę mamie czy tacie, że być może warto w sposobie mówienia do dziecka coś zmienić – parent shaming. Już nie wspominając o tym, że wszelkie zwracanie uwagi dzieciom jest niedozwolone. Nie powinni tego robić obcy, nie znający całej sytuacji. Nawet jeżeli całkiem już duże dziecko łamie powszechnie obowiązujące zasady w sklepie, restauracji, czy kościele.
Czy naprawdę wszystko, na co nas stać, to po prostu akceptacja siebie i innych?
Nie chcę być idealna, chociaż…
Zawsze wydawało mi się, że celem pracy nad sobą powinno być samodoskonalenie się. W miarę jak moja wiara się pogłębia i rozwija, wiem, że sama z siebie nic nie mogę. Zaprzęgam więc do pomocy Boga. Jednak wciąż – moim celem powinna być doskonałość. Czy nie tak jest napisane w Piśmie Świętym?
„Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” – Mt 5, 48
Dążenie do ideału w Boskim wydaniu to nie ziemski perfekcjonizm. Biblijny cel to ciągłe dążenie do pełni miłości i po prostu – świętości. Zakłada jednak zaakceptowanie, że taka, jaka jestem teraz to tylko etap przejściowy. Liczy się ciągłe doskonalenie. Dlaczego więc tyle osób w kółko jak mantrę powtarza, że jest dobrze tak, jak jest? Dlaczego powtarzamy to sobie, dzieciom i innym?
Nierealistycznie pozytywne przekonania o sobie być może są korzystne w krótkim czasie. Jednak w perspektywie długoterminowej znajomość nie tylko swoich zalet, ale również wad, i praca nad nimi przynosi znacznie więcej dobrego. Tak przynajmniej wynika z badań przeprowadzonych przez Robins, R. W., Beer, J. S., których wyniki opublikowano w Journal of Personality and Social Psychology, 80(2)*. To potwierdza moją obserwację.
Okłamywanie siebie (i innych!), że wszystko jest ok, działa tylko teraz.
Wychowanie młodych ludzi to zadanie długodystansowca. Nie chodzi mi o to, żeby moje dzieci dobrze czuły się teraz. Chcę, żeby potrafiły pokonywać przeszkody, które na pewno zafunduje im życie. Czy więc nie lepiej znieść ich chwilowy dyskomfort, po to, by w przyszłości chciało im się chcieć więcej?
Czy okłamywanie siebie, że te kilka kilogramów więcej to nie problem rozwiąże związane z tym problemy? A może ciągłe odkładanie wielkich porządków (bo już tak mam) nagle sprawi, że dom stanie się miejscem harmonii i ukojenia?
Tak naprawdę akceptacja siebie i innych to krok pierwszy. Za tym powinny jednak pójść działania naprawcze. Mam mnóstwo zalet, ale też wiele wad. To nie powód do wstydu, ale do działania. Chcę zarażać innych dobrem, ale nie bylejakością byle czego. Moim planem jest dawać innym coraz lepszą wersję siebie. Jeżeli będę patrzyła na siebie jako istotę niemal doskonałą, odbiorę sobie całą frajdę z pokonywania swoich słabości. Z większych i mniejszych zwycięstw nad niedociągnięciami mojego charakteru.
Oczekiwanie, że świat dostosuje się do mnie, jest mylne i krzywdzące.
Człowiek przekonany o własnej doskonałości oczekuje zmian od innych, natomiast człowiek świadomy swoich ograniczeń pracuje nad sobą. Chociaż nie jest moim zamierzeniem wpędzać moje dzieciaki w kompleksy, to oprócz podkreślania zalet chcę żeby wiedziały, że mają też wady. I to nie koniec świata. To początek fascynującej przygody, której końcem będzie (mam nadzieję) radość wieczna w Niebie.
*W pierwszym badaniu uczestnicy wykonywali zadanie w grupie, a naukowcy sprawdzali, czy oceniają swoje wyniki lepiej, niż faktycznie na to zasługiwali. W drugim badaniu obserwowano studentów od początku studiów i sprawdzano, czy zbyt optymistyczne przekonania o własnych zdolnościach pomagają im w dłuższej perspektywie. W obu badaniach osoby mające tendencję do zawyżania swojej oceny częściej przejawiały cechy narcystyczne, mocniej utożsamiały swoją wartość z osiągnięciami, częściej tłumaczyły sukcesy własnymi zasługami, a porażki czynnikami zewnętrznymi. Drugie badanie pokazało jednak, że z czasem takie osoby miały niższą samoocenę, gorsze samopoczucie psychiczne i stopniowo coraz mniej angażowały się w życie akademickie. Co ważne, przecenianie własnych możliwości nie przekładało się ani na lepsze wyniki w nauce, ani na większą szansę ukończenia studiów. Krótko mówiąc: wiara we własną wyjątkowość i możliwości może poprawiać nastrój na krótką metę, ale jeśli jest oderwana od rzeczywistości, w dłuższym okresie raczej nie pomaga, a nawet może szkodzić.
Moda na nieomylność
Czy cnoty mają jeszcze sens?
Zobacz również
Kogo wychowujemy?
21 września 2021
Sprawdzony przepis na… KRUCHE CIASTO
25 marca 2021
2 komentarze
Werka
Świetny wpis! Zgadzam się z Tobą
Walczmy o siebie, nie bądźmy „tylko ok”.
Basia
Dzięki Werka! 🙂