Najpierw dzieci, potem modlitwa?
Życie duchowe przed i po pojawieniu się dzieci dzieli przepaść. Kiedyś miałam swój rytm, korzystałam z propozycji Kościoła: Litania Loretańska w maju, Litania do Serca Pana Jezusa w czerwcu, Droga Krzyżowa w Wielkim Poście itd. Na mszy wyłącznie ode mnie zależało, czy Słowo Boże do mnie dotrze. Był czas na zaplanowaną ciszę i notatki. Chyba nie muszę pisać, że teraz jest inaczej?
Kiedy wszystko się posypało?
Modlitwa w życiu mamy nie zależy wyłącznie od mamy. Przy pierwszym dziecku jeszcze jakoś dawałam radę. Przy drugim maluchu zrobiło się naprawdę trudno. Gdy pojawił się trzeci brzdąc, poddałam się. Jedyne, co trzymało mnie jakoś przy życiu duchowym, to zobowiązania – modlitwa w różach różańcowych. Cała reszta po prostu padła. W wolnych chwilach starałam się zabawić dwójkę starszaków, jednocześnie gotując obiad i nasłuchując, czy F. już się nie obudził. Wieczorami spędzałam rwane chwile z mężem, przygotowując się jednocześnie do kolejnego dnia walki. Oczywiście na pełnej petardzie wjechały też media społecznościowe, które zabierały mi ogrom czasu. Biegłam. Modlitwę odhaczałam jak zmywanie talerzy i mycie podłóg. Liczę na to, że Bóg widział moją walkę chociaż o te kilka dziesiątek różańca. Z drugiej strony wiem, że na pewno nie uszło Jego uwadze, ile minut (godzin?) spędziłam z telefonem w ręku.
Zapomniałam o rytmie. Nie potrafiłam wpaść z powrotem na drogę modlitwy. Wszystko mnie rozpraszało. Gdy w końcu czułam upragniony spokój – po prostu zasypiałam. Tworzyłam sobie w głowie piękną bajkę o tym, że modlę się codziennością. Jednak czy to była prawda, czy zwykłe okłamywanie siebie? Nie wiem. Doszłam jednak do momentu, kiedy stwierdziłam, że dalej tak nie można. Patrzę na kolejne inspiracje w internecie, próbuję różnych metod i poddaję się zaraz po starcie.
Bez modlitwy nie da się żyć.
Jestem chrześcijanką, katoliczką praktykującą – jak więc mogłam aż tak olać swoją relację z Panem Bogiem? Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, to przeciążenie macierzyństwem. To był trudny czas, przejście z dwójki na trójkę dzieci w domu było dla mnie szokiem, którego się nie spodziewałam. Zapomniałam, że trzeba czerpać ze Źródła, żeby iść w (chociaż chwilowym) pokoju. Chaos potęgowało jeszcze nałogowe scrollowanie.
„Wszyscy uciekamy, byleby tylko nie spotkać samych siebie i rozmieniamy prawdę na drobne. Myślimy: szczęściem byłoby zająć się duchowym dziełem lub modlitwą, lecz niekiedy staranie i troska o życie nie pozwalają znaleźć czasu, by zająć się tym. A cóż jest ważniejsze i potrzebniejsze – zbawienne, wieczne życie duszy, czy szybko mijające cielesne życie, o które tak bardzo zabiegamy?”
Przed urodzeniem czwartego maluszka wzięłam się poważnie za swoje życie duchowe. Powoli, krok za krokiem. Zamiast poświęcać wolne chwile na internet – zaopatrzyłam się w dobre lektury. Przed spaniem zaczęłam czytać Pismo Święte. Nie od razu całość – na początek Ewangelię z dnia. Nie było wielkich przełomów, ale pojawił się dawno nieosiągany stan dobrze wykorzystanego czasu.
Modlitwa nie musi mieć pięknej oprawy.
„Opowieści pielgrzyma” to klasyk literatury duchowej. To jedna z tych książek, które od lat zmieniają życie wielu ludzi. Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. To przewodnik duchowy dla każdego, kto chciałby modlić się więcej, a uważa, że nie ma na to czasu. Chociaż dzieło zakorzenione jest w rosyjskim prawosławiu, jestem pewna, że każda osoba szukająca odpowiedzi na pytanie „jak się modlić?” znajdzie odpowiedź.
Autor pielgrzymuje po ogromnym rosyjskim terytorium i pokazuje, że można i trzeba modlić się nieustannie. Nie trzeba do tego wielkich słów. Wystarczy powtarzanie wciąż tych samych formułek. Nawet bezmyślne ustne powtarzanie wezwań do Boga ma w końcu wpływ na duszę człowieka. Każda myśl, każdy gest mogą być wykonywane ku Jego chwale. Wystarczy jedna formułka, jeden cytat, by zmienić swoje życie.
„Jałowa i roztargniona, ale częsta, regularna modlitwa, obróciwszy się w nawyk i przemieniwszy się w naturę, stanie się modlitwą czystą, jasną, płomienną i należytą.”
W dobie wielu poradników o tym, jak odzyskać spokój, jak budować swoją relację z Bogiem „Opowieści pielgrzyma” to dla mnie perełka. W sposób zrozumiały i nienarzucający się, anonimowy autor inspiruje do tego, by pogłębiać swoją modlitwę i tym samym więź z Jezusem.
Jako mamy jesteśmy zachęcane do budowania mnóstwa nawyków.
Codziennie słyszymy co, jak, kiedy i w jakiej ilości robić, żeby nasze życie było łatwiejsze i przyjemniejsze. W zalewie propozycji łatwo zapomnieć, że Ten, który daje prawdziwy pokój, czeka. Jeżeli zadbamy o regularność kontaktu z Bogiem, wszystko inne powoli samo zacznie wskakiwać na właściwe miejsce. Trzeba zacząć i wytrwać. Reszta należy do Niego.
Jak to wygląda u mnie dzisiaj? Wciąż mocno nieidealnie. Nie jestem tą mamą z Instagrama, która codziennie zaczyna dzień od kawy, Biblii i estetycznych notatek. Wciąż zdarza mi się zapomnieć o Ewangelii z dnia, albo poprzeglądać Shortsy zamiast przeczytać kolejną stronę dobrej lektury. Poza tym życie pędzi, a cisza często bywa przerywana kolejnym „mamooo”. Wiem jednak, że nie warto czekać, aż dzieci podrosną.
Życie duchowe nie zaczyna się wtedy, gdy będzie można było zapalić świeczkę i w ciszy medytować teksty Biblijne. Ono powinno trwać tu i teraz, w takich okolicznościach, w jakich sam Pan Bóg mnie postawił.
O książce:
Tytuł: Opowieści pielgrzyma.
Autor: Nieznany.
Wydawnictwo Benedyktynów Tyniec
Książkę można kupić na przykład TUTAJ.
O mojej przygodzie z powrotem do życia poza komputerem więcej poczytasz TUTAJ.
Idź na spacer!
Zobacz również
Owsianka nocna na kilka sposobów
28 września 2023
Włącz światło! Czyli jak wyrwać się z ciemności.
23 kwietnia 2022